Fenomen harmonijki polega na tym, że jest ona instrumentem na którym można grać w sposób orkiestrowy, czyli robić akompaniament i grać melodyjkę. Oczywiście z muzycznego punktu widzenia jest to bardzo prymitywne, ale w połączeniu z rytmicznymi sztuczkami takie granie robi magiczne wrażenie. Dwa akordy, kilka blue notes. Mówię oczywiście o małej harmoszce z dziesięcioma otworami w sytemie Richtera. Mistrzowie tego instrumentu, tacy jak John Lee Williamson, Sonny Terry, Noah Lewis, Peg Leg Sam wygrywali na tych harmonijkach niesamowite rzeczy! Teraz tego typu traktowanie harmonijki odchodzi już do lamusa, bo przyjęło się traktowanie  harmonijki jako instrumentu solowego, pełniącego swoją rolę w zespole. W związku z tym wszyscy uczą się grać solówki, a miarą wartości instrumentalisty jest umięjętność wygrywania jak najbardziej efektownych solówek. Najlepiej jest, jak są one szybkie, gęste i skomplikowane. Niedawno miałem okazję być na koncercie człowieka nazwiskiem Keith Dunn, który dwie godziny trzymał publicznośc w napięciu grając na harmonijce i śpiewając bluesy w starym, tradycyjnym stylu. Była to po prostu afirmacja bluesowej harmonijki! Takie granie samo w sobie jest tak piękne i niczego więcej już nie trzeba. Po co te wszystkie gitary na prąd, potężnie nagłośnione zestawy perkusyjne itp.? Wychodzi jeden człowiek z maleńką harmonijką i robi lepszą muzyczkę, niż te wszystkie dudniące i zgrzytające rockowe kapele razem wzięte!